Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Dyżury administratorów Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
149 postów 75 komentarzy

Wołyń zdradzony

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA

Tuż przed kolejną, bo76 już rocznicą bestialskiego ludobójstwa dokonanego na naszych rodakach przez Ukraińców na Wołyniu, ukazała się jedna z dwóch wstrząsająych książek, ukazujących zarówno sprawców tych straszliwych zbrodni na Polakach, ale przede wszystkim odkrywającą bardzo mało znaną kartę historii, jaką było porzucenie Polaków zamieszkujących Wołyń, w obliczu największego zagrożenia ich życia przez rząd emigracyjny w Londynie oraz Komendę Główną Armii Krajowej, które przez ponad pół roku trwania straszliwej rzezi naszych rodaków, dokonanej przez bandy zdziczałych ukraińskich zwyrodnialców spod znaku OUN - UPA, nie zrobiły absolutnie nic, by przyjść im z jakąkolwiek pomocą. Przeciwnie, jak opowiedziała wczoraj wieczorem w rozmowie telefonicznej o tym fakcie piszącemu te słowa Pani profesor Lucyna Kulińska przez cały ten czas, rząd emigracyjny w Londynie słał przez swoich emisariuszy wezwania na piśmie, by Polacy zamieszkujący Wołyń, zrobili wszystko co w ich mocy, by porozumieć się z Ukraińcami.... ,,W CELU WSPÓLNEJ WALKI Z NIEMIECKIM OKUPANNTEM''!!!

Wysyłanie tych wezwań do wspólnej walki z ukraińcami przeciwko Niemcom na Wołyniu, trwało nadal, nawet wtedy, gdy większość naszych rodaków zamieszkujących te ziemie Drugiej Rzeczypospolitej została już praktycznie całkowicie wymordowana, a ogromna większość miejscowości zamieszkanych przez Polaków przestała istnieć. Jak opowiedziała mi to wczoraj Pani profesor Lucna Kulińska, nasi rodacy, którz cudem ocaleli przed bestialską śmiercią z rąk banderowskich potworów, czytając te chore odezwy londyńskich pomyleńców, nie mających pojęcia o tym co piszą i czego żądają, darli je z wściekłej i bezsilnej rozpaczy na strzępy, wykrzykując pytanie czy ci, którzy te chore i oderwane od wszelkiej rzeczywistości apele słali przez cały ten czas na Wołyń, to tylko durnie, czy zwykli zdrajcy?

Znając dziś te wszystkie fakty, możemy lepiej zrozumieć, dlaczego wszystkie, kolejne ekipy rządowe III RP, począwszy od roku 1989, aż do dziś, a szczególnie obecna ekipa tzw. ,,dobrej zmiany'', czyli ,,Żoliborskiej grupy rekonstrukcji historycznej sanacji, wraz z wywodzącym się z jej obozu politycznego, obecnym (p)Rezydentem Andrzejem Dudą, dwoją się i troją, by prawdę i pamięć o ukraińskim ludobójstwie Polaków na Kresach dosłownie wdeptać w ziemię i wymazać z Naszej Polskiej historii, nadal przedkładając zbrodniczy, antypolski piłsudczykowski mit prometeizmu oraz Giedroyciowy kretynizm, ponad polski interes narodowy, jakim jest pełne wyświetlenie prawdy o ukraińskim sprawstwie zbrodni ludobójstwa na naszych rodakach dokonanm przez Ukraińców, na Kresach Najjaśniejszej Rzeczypospoitej w latach drugiej wojny światowej i kontynuacji przez ukraińskich szowinistów tego zbrodniczego procederu, aż do początku lat 50-ych XX wieku oraz godnego uczczenia i upamiętnienia naszych rodaków, tak bestialsko pomordowanych w najstraszniejszym ludobójstwie, w całych dziejach ludzkości, przez swoich ukraińskich sąsiadów.

To co opisał w swojej najnowszej książce Piotr Zychowicz, potwierdził mi dzisiaj również Pan Stanisław Soroczyński, dziś mieszkaniec Elbląga, ocalon z rzezi Wołyńskiej, który napisał mi dzisiaj takie oto słowa:

,,Ja jako chłopak słyszałem, że AK głosiła tzw. ,,stanie u nogi'', więc na pospólstwie im nie zależało, bo elity wywiweziono na Syberię, no i Katyń, więc liczono na Powstanie Warszawskie, by wróciła Polska sanacyjna z wielką niesprawiedliwością społeczną. Taka jest prawda.''

 

                                                              Jacek Boki - Elbląg 7 lipiec 2019 r.

 

 

Wołyń zdradzony to najbardziej wstrząsająca książka autora Obłędu ’44 i Paktu Ribbentrop–Beck.

W latach 1943–1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej ukraińscy nacjonaliści wymordowali 100 tysięcy Polaków. Do zbrodni tej posłużyły im głównie prymitywne narzędzia rolnicze – siekiery, widły i cepy. Gdzie wtedy była Armia Krajowa? Gdzie było Polskie Państwo Podziemne? Dlaczego nic nie zrobiono, by ratować polską ludność cywilną? Dlaczego Wołyniacy konali w osamotnieniu?

Piotr Zychowicz udziela na te pytania szokującej odpowiedzi. Armia Krajowa zlekceważyła banderowskie zagrożenie, zignorowała liczne ostrzeżenia o nadciągającym niebezpieczeństwie. Wszystkie wysiłki skupiła bowiem na szykowaniu przyszłego powstania – operacji „Burza”. Dowódcy AK nie chcieli walczyć z UPA, by nie „trwonić” sił potrzebnych im do walki z Niemcami. Do końca wierzyli, że z banderowcami uda się dogadać. Gdy Polskie Państwo Podziemie podjęło wreszcie interwencję, była ona tragicznie spóźniona i niewystarczająca. Niestety AK na Wołyniu całkowicie zawiodła.

https://www.rebis.com.pl/pl/book-wolyn-zdradzony-piotr-zychowicz,SCHB09597.html

 

 

Wywiad z Piotrem Zychowiczem o jego najnowszej książce pt. ,,Wołyń Zdradzony''

 

Damian Cygan: Dlaczego napisałeś książkę o zbrodni wołyńskiej?

Bo sam jestem człowiekiem wywodzącym się z ziem wschodnich Rzeczypospolitej. Moja rodzina nie pochodzi co prawda z Wołynia, lecz z Laudy, ale czuję się emocjonalnie związany z całością terytoriów, które nasi przodkowie określali mianem ziem litewsko-ruskich. Mam równocześnie poczucie, że wielu Polaków z centrum kraju nigdy tych ziem nie ceniło. Uważało je za mniej ważne od centralnych i zachodnich prowincji Rzeczypospolitej. Nie miało serca ani do tych ziem, ani do ich mieszańców. Polaków ze wschodu uważało za Polaków gorszej kategorii. To nastawienie doskonale widać na przykładzie reakcji, a raczej braku reakcji, Polskiego Państwa Podziemnego na ludobójstwo na Wołyniu.

"Polskie władze tylko wtedy interesują się mordowaniem Polaków, jeśli mordercami są Niemcy" – to fragment raportu podziemia z ziem wschodnich RP, który cytujesz na samym początku książki. Naszych władz naprawdę nie interesował los Wołyniaków?

Nasze władze uważały, że koszmar, który rozgrywa się na Wołyniu, ma drugorzędne czy wręcz trzeciorzędne znaczenie. Dla Armii Krajowej priorytetem była akcja "Burza" i powstanie. Czyli walka przeciwko Niemcom. Większość wysiłków organizacyjnych była skupiona na szykowaniu się do tych działań. Władze Polskiego Państwa Podziemnego nie chciały dzielić swoich sił, nie chciały "marnować" broni potrzebnej im do przyszłej walki z Niemcami. Zamiast wystąpić zdecydowanie przeciwko ukraińskim nacjonalistom, toczyły z nimi pozbawione sensu negocjacje, wierząc naiwnie, że z banderowcami uda się jakoś dogadać. To były oczywiście mrzonki.W efekcie wojskowe struktury AK powstały na Wołyniu zbyt późno. Mimo licznych ostrzeżeń podziemie zbagatelizowało zagrożenie banderowskie. Nie stworzyło na Wołyniu oddziałów partyzanckich, które mogłyby bronić Polaków. Nie przysłało odsieczy z centrum kraju. Nie przysłało broni. A było przecież mnóstwo czasu na reakcję. Do pierwszej masowej zbrodni UPA na Polakach doszło w Parośli 9 lutego 1943 r., a do apogeum mordów w krwawą niedzielę – 11 lipca 1943 r. Co AK zrobiła przez ten czas? Niemal nic. Uzbrojone w noże i siekiery watahy banderowców i zwykłych chłopów bezkarnie wyżynały polskie wsie, nie napotykając nigdzie na opór AK. Walkę podjęły tylko stworzone spontanicznie ośrodki polskiej samoobrony i utworzone przez Niemców posterunki polskiej policji. Tak zwani "zieloni"

W książce przytaczasz relację Aleksandra Praduna, który w sierpniu 1943 r. przeżył napad banderowców na wieś Ostrówki. Piszesz, że rozmowa z nim była najbardziej wstrząsająca ze wszystkich, jakie przeprowadziłeś w swojej dziennikarskiej pracy. Co widział ten człowiek?

Pan Aleksander Pradun w 1943 r. był jeszcze dzieckiem. Razem z innymi dziećmi i kobietami z Ostrówek został popędzony przez banderowców na świeżo zżęte pole. Tam oprawcy kazali się im kłaść na ziemię. A następnie strzałami w tył głowy uśmiercali ich jednego po drugim. Przypominam – mówimy o kobietach i dzieciach! Pan Pradun przeżył cudem. Kula banderowca ominęła jego głowę i zaryła w ziemię. Obok niego leżała jego mama. Nie miała tyle szczęścia. Pocisk roztrzaskał jej czaszkę, a krew i fragmenty mózgu ochlapały twarz Praduna. Gdy mi o tym opowiadał, płakał. A ja słuchałem, wstrząśnięty. Nigdy nie zapomnę tej rozmowy. Ostrówki zostały spacyfikowane kilka tygodni po krwawej wołyńskiej niedzieli. Mało tego, wieś leżała niemal nad samym Bugiem, tuż przy granicy z Lubelszczyzną. Dlaczego nikt nie bronił tych Polaków? Gdzie była AK? To pytania, które nie dawały mi spokoju.

Podtytuł książki brzmi: "Jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA". Wygląda na to, że uderzasz w świętość Armii Krajowej. No to gdzie było Polskie Państwo Podziemne, kiedy na Wołyniu trwało ludobójstwo?

Dla mnie święci są żołnierze Armii Krajowej. Czyli dzielni chłopcy i dzielne dziewczęta, którzy z heroizmem i poświęceniem walczyli o wolność Polski. To moi bohaterowie. Natomiast do kierownictwa AK mam stosunek krytyczny. Moim zdaniem popełniało ono fatalne błędy. Wystarczy wspomnieć współpracę z bolszewikami w ramach akcji "Burza" czy wywołanie katastrofalnego w skutkach powstania warszawskiego. Wołyń to kolejny błąd Komendy Głównej AK. Gdy w lipcu 1943 r. banderowcy przystąpili do wielkiej rzezi Polaków, Armia Krajowa – tak jak wspominałem – była zupełnie nieprzygotowana. W terenie nie było naszej partyzantki. Miejscowy dowódca AK, płk. Kazimierz Bąbiński, rozkaz o stworzeniu oddziałów partyzanckich wydał dopiero 20 lipca 1943 roku! A więc dziewięć dni po apogeum rzezi, gdy olbrzymia część ofiar ludobójstwa została już zgładzona. Była to więc decyzja słuszna, ale tragicznie spóźniona. Niestety powołane oddziały były zbyt słabe. Znalazło się w nich zaledwie 1,3 tysiąca ludzi. Tylu żołnierzy wołyńska AK rzuciła do pomocy rąbanym siekierami rodakom. Reszta pozostała w konspiracji. Rozkaz mobilizacyjny wołyńskich struktur Armii Krajowej został zaś wydany dopiero… w styczniu 1944 r. Pół roku po rzezi! AK dopiero wówczas wyszła z podziemia całością sił i wyciągnęła broń z magazynów. Udało się wówczas zmobilizować 6,5 tysiąca żołnierzy, którzy utworzyli słynną 27. Dywizję AK. Celem powołania tej jednostki był oczywiście udział w "Burzy". Czyli walka z Niemcami i współpraca z bolszewikami. Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego tych ludzi nie zmobilizowano wcześniej? Gdyby w lipcu 1943 r. na Wołyniu znajdowały się tak potężne polskie siły, skalę ludobójstwa można by w znacznej mierze ograniczyć. Wielu Polaków można było uratować. Niestety – AK miała inne priorytety. Na tym właśnie polegał tragizm sytuacji. Wspaniali wołyńscy patrioci ginęli pod ciosami banderowskich noży, na próżno wyglądając ratunku ze strony ich ukochanej ojczyzny. To bardzo gorzka historia.

Okrucieństwo zbrodni wołyńskiej polega na tym, że Polacy byli mordowani w sposób niezwykle bestialski, ale jednocześnie prymitywny, przy użyciu siekier, wideł czy młotów do uboju bydła. Kończyny odcinano im piłami, ciała rozrywano końmi, topiono w studniach. Potrafisz wytłumaczyć ten sadyzm?

Przyczyny były dwie. Po pierwsze, oddziały banderowskie dysponowały niewielką ilością broni palnej i amunicji. Stąd do mordowania upowcy często używali tego co akurat mieli pod ręką. Po drugie, wołyńskie kierownictwo OUN/UPA próbowało zakamuflować prowadzoną przez siebie czystkę etniczną. Nadać jej charakter "spontanicznej chłopskiej rebelii". Dlatego właśnie wciągnęło do mordów rzesze zwykłych ukraińskich włościan. Jednych do udziału w "rzezaniu Lachów" zachęcono obietnicą łupów, innych zastraszono. Chłopi nie dysponowali zaś oczywiście karabinami i pistoletami. Szli na pogromy polskich wsi z prymitywnymi narzędziami rolniczymi w rękach. Często pod wpływem alkoholu. Przyniosło to przerażające skutki.

Zdradzisz na koniec, co będzie tematem twojej kolejnej książki?

Na razie nie myślę o nowej książce. Napisanie "Wołynia zdradzonego" kosztowało mnie wiele pracy i wysiłku. Szczególnie trudno czytało mi się wspomnienia ocalałych. A przeczytać ich musiałem setki. Te opisy rozpaczy, śmierci, okrucieństw… Coś strasznego. Potwornego. Każdy, kto zajmował się kiedykolwiek ludobójstwem na Wołyniu wie, o czym mówię. To nie spływa po człowieku jak po kaczce.

Nowa książka Piotra Zychowicza "Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA" wchodzi do księgarń 1 lipca 2019 r.

https://dorzeczy.pl/kraj/106910/Zychowicz-pisze-o-zdradzie-na-Wolyniu-To-wstrzasajaca-ksiazka.html

KOMENTARZE

  • @
    Analogicznie gdy w czasie pierwszych dni powstania masowo ginęła ludność warszawskiej Woli (dzielnica), to dowództwo chlało sobie koniaczki popalając cygara.

    U nas chyba tak być musi.
  • Bez przesadyzmu w interpretacjach priorytetow motywacji według przykładów prezessimusa.
    Generał Januszajtis widząc jak w roku 1939 NKWD łatwo likwiduje lub prowokacyjnie organizuje polską konspirację doszedł do wniosku, że jedyną możliwością wpływania na decydentów NKWD jest działanie z pozycji ich więźnia i sprowokowal aresztowanie siebie podobnie jak rotmistrz Pilecki narażając sie na tortury i śmierć. Udało mu się zainteresować śledczych i zamiast szybkiej egzekucji lub rowu katyńskiego znalazł się w "willi szczęścia" jak Berling i ks. Peszkowski oraz gen Anders n Łubiance jako kandydaci do roli użytecznych głupków podobnie jak Lenin i Piłsudski według kwalifikacji decydentów pruskiego żydostwa. W okresie okupacji niemieckiej AK w Okręgu Lwowa była kontrolowana i organizowana przez agentów NKWD a cichociemni i emisariusze z Komendy Głównej AK byli tolerowani w Okręgu Lwowa ze względu na możliwości pozyskiwania informacji o strukturach i kadrach AK Mimo to w walkach z Niemcami i ludobójcami dowodzonymi przez synow popów i księży "grekokatolickich" oraz ukraińską policję Ostlandu powstaly liczne oddziały AK i Dywizja , która nie miała szans na walkę na terenie gdzie dzilało kilkadziesiąt brygad partyzanckich sowieckich i ich partyzanckie dywizje oraz dobrze uzbrojone i liczne oddzialy ukraińskich ludobójców. OddziałyAK musiały wycofywać się nie tylko z Wołynia i Podola lecz terenów obecnej Białorusi gdzie miały większe poparcie ludności cywilnej. Możliwości organizacyjne i zaopatrzenia oddziałów przez AK były znikome nawet na Zamojszczyźnie a pomoc w dostawach broni z zachodu zupełnie znikoma i symboliczna.
    Dowódcy powstania warszawskiego nie mieli możliwości uchronienia ludności Woli przed masowymi egzekucjami zapowiadanymi i rozkazanmi przez Hitlera jako zupełna zagłada. Powstanie pod dowództwem AK bylo jednak jedyną szansą na uratowanie ludności Warszawy i kombatantów AK przez uzyskanie przywrócenia praw Konwencji Haskiej i Genewskiej ludności i kombatantom w warunkach kapitulacji tego powstania. To właśnie nastąpiło dzięki gen Borowi Komorowskiemu i byl to prawdziwy cud na jaki liczył gn Januszajtis powokując swoje aresztowanie. Jednak Berling i Anders mieli znacznie większe szanse na zaufanie i sympatie Berii i Stalina dzięki opinii o nich jako o bratnich duszach w nikczemności.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

TAGI